BIBLIOTEKA SZKOLNA

strona główna

 
 
 

Biblioteka w Zespole Szkół z DNJB w Hajnówce

 
 
 

   Cztery łapki Pomarańczy

 

Sprawę, którą pragnę tu opisać jest o tyle niezwykła, co zabawna, oraz obrazująca ludzkie przywiązanie do pupili. Zdarzenie te rozpoczęła wizyta jakiej uświadczyliśmy pewnego marcowego dnia w porze poobiedniej. Prowadziliśmy wówczas z mym przyjacielem leniwe, beztroskie życie. Mimo mojego uwielbienia dla odpoczynku, z niecierpliwością oczekiwałem jakiejś sprawy kryminalnej, dzięki której mój towarzysz mógłby się wykazać intelektem, oraz umiejętnością dedukcji. Od pamiętnej wygranej z profesorem Moriarty’m, Sherlock nie miał wiele okazji do wykazania się swoimi uzdolnieniami. Przesiadywał teraz całe dnie w fotelu, będąc pod działaniem narkotyku – morfiny, lub kokainy i zdawał się wrakiem człowieka. Mniej jadł, mało spał. Zachowywał się tak zawsze gdy nie było nic do roboty. A ja, jak zawsze się o niego martwiłem.  Wiedziałem, że jedynym co może go w tym momencie wyciągnąć z tego stanu półżycia, jest praca.

            Dlatego tego dnia, zdziwiłem się kiedy  Sherlock wstał z fotela i rozpromieniony powiedział:

   -Nareszcie. Zacząłem już myśleć, że zmądrzał i nie będę mu już potrzebny. –Widząc moje zdziwienie, dodał – Mówię o Lestradzie. Nie słyszałeś jego kroków pod oknem? Zaraz powinien do nas zapukać.

I rzeczywiście, chwilę później rozległo się natarczywe pukanie do drzwi oraz ponaglające zawołanie Lestrada. Krzyknąłem, że zaraz otworzę, po czym zwróciłem się  do towarzysza:

  - Skąd wiedziałeś, drogi Holmesie , że to Lestrade? I dlaczego twierdzisz, że jest to wizyta służbowa, a nie wizyta towarzyska? – spytałem. – A może ta wizyta była już umówiona, a ty zapomniałeś mi o niej wspomnieć?

  -Drogi Watsonie, to było oczywiste, że to Lestrade.  Jedynie on tak klapie butami. A co do celu jego wizyty – dzisiaj klapał jakby szybciej i bardziej stanowczo. No, ale koniec pogaduszek .– klasnął w  ręce .- Nie wypada trzymać gościa przed drzwiami. Zaproś go do środka.

            Po wpuszczeniu Lestrada i wymienieniu się grzecznościami, policjant powiedział:

  - Niestety panowie, ale przychodzę do was jako funkcjonariusz policyjny. Chciałbym prosić cię, Sherlocku, o pomoc w rozwiązaniu pewnej sprawy. Otóż ostatnio zdarzyły się dwa powiązane ze sobą morderstwa.  Ofiarami są dwie młode kobiety.  Obie zostały uduszone za pomocą bata. Zostaliśmy powiadomieni i znalezieniu zwłok, zaraz po morderstwach. Zwłoki były jeszcze ciepłe po przyjeździe policji.

  - To jest normalne zabójstwo. Nie widzę w nim nic ciekawego, ani trudnego do rozwiązania. Nawet wy powinniście dać sobie z tym radę. – Lekko zawiedzonym głosem powiedział mój przyjaciel.- Jednakże z braku innych rozrywek, pomogę wam. Zawieście mnie na miejsce zbrodni drugiej ofiary.

  - Drugiej? A nie lepiej najpierw zbadać miejsce zabicia pierwszej kobiety? –Spytałem. –Nie lepiej zacząć badać sprawę  od jej początku?

  -Drogi Arturze. Widać zbyt mało znasz się na rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Owszem, najlepiej było by zacząć badać sprawę od genezy. Ale bardziej opłacalne będzie zbadanie bardziej wyraźnych i świeższych śladów. A przy okazji  - tym razem Holmes zwrócił się do Lestrade – Kiedy miały miejsce te zabójstwa? I gdzie?

  -Pierwsze było wczoraj. Drugie dzisiaj. Oba w mieszkaniach ofiar.

  -Świetnie się składa. Jedziemy. Lestrade, jeśli byłbyś tak miły, czy mógłbyś wyjść i zamówić powóz? Tymczasem ja z Watsonem ubierzemy się i przebierzemy do wyjścia.

 

Na ulicę Sezamkową (bo tak się nazywał cel naszej podróży), dojechaliśmy w ciągu godziny .

Na miejscu, wyszliśmy z powozu i weszliśmy do budynku, w którym popełniono zbrodnię.  Zauważyłem, że Holmes rozgląda się niezadowolony:

  -Lestrade, jesteście policją. Nieprawdaż? Jesteście zawodowymi  łapaczami przestępców. Dlaczego więc pomagacie temu zabójcy?

  -Słucham? Nikomu nie pomagamy. – odpowiedział zdziwiony policjant.

  -Wytłumacz mi więc, czemu utrudniacie śledztwo? Czy wy się nigdy nie nauczycie nie niszczyć poszlak?

  -Poszlak?

  -Owszem, poszlak. Przed tym domem jest tyle śladów, że mógłbym pomyśleć, że odbywały się tu tańce. Czy wy, zawodowcy nie wiecie, jak dobrą poszlaką są odciski butów przestępcy? Wiecie ile można się z nich dowiedzieć? Wzrost, budowa, nawet osobowość!

  -Osobowość, pierwsze słyszę. – powiedział Lestrade- Jednak jeśli naprawdę zależy ci na śladach mordercy polecałbym wejść do mieszkania. Zabójca nie wytarł butów wchodząc.

  -Całe szczęście. Podwórze już zbadałem. Wejdźmy do środka.

            Wnętrze mieszkania wyglądało normalnie. Ładnie, aczkolwiek skromnie umeblowane, schludne i posprzątane. Jedyne co tutaj nie pasowało, to ciało kobiety leżące pod ścianą.

  - Czy nikt nic nie ruszał, zanim tu przyjechałem? –Spytał Holmes Lestrade ’a

  -Jedynie zabezpieczyliśmy miejsce zbrodni.

  -I tego się obawiałem. Mam nadzieję, że poradziliście sobie lepiej niż na zewnątrz.

            Widziałem już wiele śledztw prowadzonych przez mojego przyjaciela, jednak za każdym razem nie mogę uwierzyć, że ten mężczyzna, który niedawno jeszcze siedział półżywy i otępiały w fotelu potrafi wykrzesać z siebie tyle energii. Holmes szybko przechodził z jednego miejsca na drugie. Od czasu do czasu się uśmiechał. Obejrzawszy pomieszczenie, zdecydował się dokonać oględzin zwłok. Jako lekarz mogę stwierdzić, że robił to bardzo profesjonalnie. Po około minucie, zawołał nas do siebie.

  -Kobieta została uduszona czymś na wzór liny.

  -Brawo Sherlocku! Naprawdę? – ironicznie spytał Lestrade- Toś mnie zadziwił przyjacielu. Przecież my już to odkryliśmy. I ty o  tym wiesz. A to coś na wzór liny to bicz leżący teraz obok ofiary.

  -Co jeszcze zdołaliście się dowiedzieć o ofierze?

  -Jedyne sposób zabójstwa. Oraz dane osobowe. Nazywała się Józefa Piłsudzka i zatrudniona była na stanowisku kierownika sklepu rybnego, niedaleko stąd.

  -To wszystko?

  -Oraz oczywiście czas zabójstwa. Było to około dziewiątej.

  -Ja natomiast zdążyłem już odkryć, że zabójcą jest mężczyzna, mężczyzna ma około metra osiemdziesiąt, jest osobą dość tęgą. Dodatkowo mogę powiedzieć, że jest blondynem oraz, że podczas popełniania zabójstwa palił papierosy, a dokładnie walety niebieskie.

  -Ale skąd to wiesz, Sherlocku? –spytałem –Bo ja nie mam pojęcia jak mogłeś zdobyć te informacje.

  -Oj, Watsonie. Lekarzem może i jesteś dobrym, ale detektywem marnym. Na ubraniu ofiary znalazłem blond włos, co jest dziwne biorąc pod uwagę to, że nasza zabita jest brunetką. Poza tym nie znalazłem tutaj nigdzie papierosów, więc ofiara nie była palaczem. Więc niedopałek papierosa, który znajduje się tam – pokazał palcem na prawo – koło komody. A co do postury, wszystko powiedziały mi ślady.

  -Brawo przyjacielu! Jesteś genialny! –zawołałem z nieukrywanym podziwem.

  -Ależ wiem to mój drogi towarzyszu. –zaśmiał się- Jedno jednak nie daje mi spokoju. Moim zdaniem ta kobieta ma coś w gardle. Czy mógłbyś, drogi Lestrade, przynieść mi jakiś nóż? Mam zamiar zobaczyć cóż takiego się tam zawieruszyło. Muszę przyznać, że pierwszy raz robię tracheotomię. Całe szczęście, że mój pacjent już nie żyje.

            Byliśmy wielce zdziwieni naszym znaleziskiem. Ruda, kocia łapka nie jest raczej rzeczą, którą spodziewaliśmy się tam znaleźć. Jednakże mój towarzysz wielce się ucieszył i podniecił. Zerwał się z podłogi i radosny krzyknął do Lestrada:

  -Jedźmy zbadać pierwszą ofiarę.

  -Nie chcesz wpierw zbadać miejsca zbrodni?

  -Chcę, jednak najpierw muszę zbadać zwłoki. Mam już pewną koncepcję, ale musi ona zostać potwierdzona.

 

            DO kostnicy dojechaliśmy w ciągu półgodziny. Kobieta była czarnowłosą istotą o pięknej figurze. Nie mam sobie nic z nekrofila, jednak zarumieniłem się widząc ją, leżącą nagą na stole. Całe szczęście moi towarzysze nie zauważyli tego. Razem z Lestradem i Holmesem dokonaliśmy oględzin. Powodem śmierci, podobnie jak poprzednio, było uduszenie biczem. Natomiast to co nas najbardziej zaciekawiło było uwypuklenie na gardle. Po kolejnej tracheotomii znaleźliśmy rudą, kocią łapkę.

  -Jestem po prostu geniuszem. Ostatnio niezbyt mi wyszedł ten zabieg, ale tym razem zrobiłem to perfekcyjnie! –ucieszył się Holmes – Ale wracając do sprawy. Ta kocia łapka potwierdza, że zabójstwa popełnił ten sam człowiek. Tylko co nim powodowało? Nie lubi brunetek?  A może…- Nie dokończył Sherlock, ponieważ drzwi do kostnicy otwarły się nagle i do środka wpadł policjant.

  -Kolejne zabójstwo! Dwie przecznice stąd! Kolejna zamordowana kobieta. – zakomunikował – Szybko panowie. Za mną.

           

 

Trafiliśmy do niewielkiego mieszkanka. Kobieta leżała pod ścianą. Kobieta była ruda.

  - To tyle jeśli chodzi o to czy morderca zabija tylko brunetki. –z zamyśloną miną powiedział Holmes-

  -Dajcie nóż.

            Po zrobieniu kolejnej tracheotomii, Holmes wyjął z gardła ofiary kolejną łapkę. Rudą.

  -Hmmm… Ciekawe… O nie!  - poderwał się z podłogi –Musimy się śpieszyć! Nie mamy dużo czasu! Będzie jeszcze jedna ofiara!

  -Dlaczego tak twierdzisz Holmesie?

  -Pierwsza łapka, którą wyjęliśmy była przednia, lewą łapą. Druga – przednią prawą. Ta natomiast jest tylną lewą. Więc idąc tym tokiem myślenia, musi być jeszcze jedna ofiara, która będzie miała w gardle tylną prawą łapkę. Nieprawdaż?

  -To co teraz robimy Holmesie? –Spytałem zaniepokojony –Masz jakiś pomysł jak znaleźć zabójcę?

  -Chyba tak. Watsonie, chodź ze mną. Natomiast ty, Lestrade – odwrócił się do policjanta – Masz się dowiedzieć o danych personalnych pierwszej i trzeciej ofiary. Po czym przynieść mi je. Będziemy w serwisie naprawczym wozów „Stłuczka”. Szybko!

Nie wiedziałem po co mamy iść do tego serwisu, ale Holmes miał najwyraźniej jakiś pomysł. Nie pytałem go jaki, ponieważ wiedziałem, że po rozwiązaniu sprawy wszystkiego się dowiem.

            Mój przyjaciel poprosił mnie abym poczekał na niego przed serwisem. Usiadłem więc na ławce przy wejściu i czekałem. Po chwili Holmes wyszedł z budynku. Był zadowolony.

  -No, mój drogi, chyba za niedługo rozwiążemy tą zagadkę. Musimy tylko poczekać na Lestrade’a.

Wtedy wam wszystko wyjaśnię.

            Nie czekaliśmy długo. Najwyraźniej Lestrade przestraszył się wieścią o kolejnej ofierze i postanowił działać szybko. Przybiegł do nas cały zadyszany i cały czerwony na twarzy. Podał kartkę, którą trzymał w ręku, dla Sherlocka.

  -Dziękuję przyjacielu. –Chwilę przyglądał się kartce. Po czym znów spojrzał na nas. –Niestety Lestrage, nie mamy czasu na odpoczynek. Biegnij na komendę  i zawołaj posiłki. Wiem gdzie nasz zabójca ma zamiar zaatakować. Przyjdźcie na ulicę Podmostową. To niedaleko stąd.  Natomiast my, Watsonie szybko!

  -Ale skąd wiesz gdzie będzie kolejne zabójstwo? – spytałem.

  - Wszystkie baty, pochodziły z tego samego sklepu. Tak pięknie się składa, że z tego – wskazał palcem na budynek „Stłuczki”. – Więc pomyślałem, że czegoś się dowiem. I dowiedziałem się, że cztery kobiety przyjechały tu w celu wymiany koła w wozie. Były to nasze trzy ofiary oraz niejaka – Sherlock znowu spojrzał w kartkę – Kataryna Szanoj, zamieszkała na Podmostowej. Śmiem twierdzić, że będzie kolejną ofiarą.

  -Skoro tak, musimy się śpieszyć! –zawołałem. – Biegiem!

 

            Drzwi mieszkania Kataryny  zastaliśmy otwarte. Podeszliśmy do nich i usłyszeliśmy szloch kobiety, oraz śmiech mężczyzny. Wbiegliśmy do środka i ujrzeliśmy młodego blondyna pochylającego się nad kobietą, która najprawdopodobniej byłą Kataryną. Sherlock skoczył do przodu i, zanim blondyn zdążył się obrócić, uderzył laską w głowę. Mężczyzna zachwiał się i padł na ziemię ogłuszony. Sherlock zdjął szybko krawat i związał mu ręce korzystając z nieprzytomności przeciwnika.

  -Nie masz już się już czego bać Kataryno. Watsonie, wyprowadź dziewczynę na zewnątrz, niech poczeka na policję. – Powiedział Holmes – A ja postaram się ocucić naszego zabójcę. Muszę dowiedzieć się o co chodzi z tymi łapkami.

            Wyprowadziłem dziewczynę i wróciłem do przyjaciela, któremu udało się ocucić naszego ptaszka.

  -Jak się nazywasz, chłopcze? –spytał Sherlock. Faktycznie, zabójca mógł mieć  co najwyżej 16 lat. I nie był zanadto urodziwy. – I wytłumacz mi dlaczego zabiłeś te kobiety. I o co chodzi z tymi łapkami.

Chłopak zdawał się być otępiały i nie wiedzieć co się dzieje wokół niego. Było to najpewniej skutkiem uderzenia kijem. Albo po prostu był idiotą.

  - Jak się nazywasz?

  -Grzegorz Brzęczyszczykiewicz…-Chłopak miał niski głos – A zabiłem z zemsty.

  -Z zemsty? – zdziwił się Holmes – A cóż one mogły ci zrobić?

  - Wiecie o tym, że ostatnio miały zepsuty wóz?

  -Owszem.

  -Wiecie jak i dlaczego był zniszczony?

  -Wiem tylko, że wymieniały koło.

  -Otóż to! Koło. Odpadło z wozu po tym, jak jechały pijane.

  -I tylko za to, że prowadziły pod wpływem alkoholu zabiłeś 3 kobiety? I powiedz dlaczego wsadzałeś im do gardeł kocie łapki.

  - Nie zabiłem je za prowadzenie po pijaku. Zabiłem je za to że przejechały mojego kota! Biedna Pomarańczka! Miała tylko roczek! One zabiły ją, ja zabiłem je! A co do łapek to uznałem to za dobry pomysł, rozumie pan, jak z jakiejś książki.

Po usłyszeniu tego uznałem, że osobnik leżący przede mną jest niespełna rozumu.

Drzwi za nami otworzyły się i do środka weszli policjanci z Lestradem na czele. Bez gadania zabrali Grzegorza. Z tego co się dowiedziałem został skazany na dożywotni pobyt w szpitali psychiatrycznym. Mam nadzieję, że jest dobrze strzeżony.

 

                                                                                              KONIEC

 

           

Mateusz Łapicki

kl IIb gimnazjum

           

           

 

 


Nałóg

 

Siedzisz wciąż przed ekranem,

                                             nawet nad samym ranem.

                                               Nic tylko ślęczysz całymi dniami,

                                             I robisz to nawet wieczorami.

                                            

                                              Marnujesz wzrok, więc weź się do pracy,

                                              nie będziesz przecież od razu bogaty.

                                              Musisz zacząć ćwiczyć, by stać się silniejszy,

                                               ale minie trochę czasu, aż staniesz się mocniejszy.

 

                                               Lecz nie trać nadziei,

                                                na wszystko jest czas.

                                                Nawet pośród kniei,

                                                Nie wszystko masz.

                                                                                                 Aron Marczuk kl IbG

                                                                                                   Gimnazjum z DNJB

                                                                                                     w Hajnówce


Opowiadania

I

Miasto

Miasto Beredes w kraju Bunaj zostało zniszczone. Nie ma go. Jak to? Jest. Jest, ale nie ma go. Jest ale go nie ma? Jest, bo wciąż jeszcze stoi, a nie ma go, bo nie żyje. Nie żyje? Miasto nigdy nie żyje. Więc co żyje? Ludzie. Ludzie żyją. Więc co? Jeśli w mieście żyją ludzie, miasto żyje. Więc nie ma w nim ludzi? . Więc żyje? Nie. Nie żyje. Co to znaczy? Kiedy ludzie żyją? Nie wiem. Kiedy żyją. Kiedy nie są martwi. Kiedy mają w sobie ducha. Więc miasto żyje? Nie. Czemu? A oto historia.

 Gdzieś dawno przed wiekami, miasto Beredes kwitło. Złotem wykładano ulice, a każdy mieszkaniec był tak bogaty, że mógł sobie pozwolić na życie dostatnie. Więc czemu miasto upadło? Wojna. Wojna? Wojna. Czemu? Bo zło i dobro przeplatają się na tym świecie. Z jakiego powodu wojna? Wojny nigdy nie mają dobrego powodu.

Miasto, tak żywe z natury, zamarło. Mówiono, że na północy, w barbarzyńskiej prowincji Ceredin szykuje się wojna. Szeptano, że pan Ceredinu, Eredrus  zbiera armię pięćdziesięciu tysięcy najodważniejszych i najlojalniejszych wojowników. Na wojnę z Beredes. Po co? Po skarby miasta. Ludzie chcieli uciekać. Pan Beredes, Ebedinian, brat Eredrusa kazał zamknąć bramy, by miasto się nie wyludniło. Zebrał mieszczan na głównym placu i jął dodawać im otuchy:

Ludzie! Czyż boicie się, że zginiecie?

Nie! Nie zginiecie. Bo ja i moi dzielni rycerze zrobimy wszystko, aby włos wam z głowy nie spadł! Czyż nie mamy murów wielkich okalających nasze miasto? Czyż nie mamy rąk wielu do obrony? Czy nie mamy odwagi, która nas obroni? Otuchy, moi drodzy otuchy! Odetchnijcie i idźcie do domów, a ja zadbam, abyście mogli dziś spać spokojnie.

 

Dnia następnego z wieczora Eredrus stanął zbrojnie na równinie, która zewsząd otaczała miasto. Ebedinian wspiął się na mury i spoglądał w milczeniu i ze zgrozą na sunącą ku niemu armię.  A miał powody do strachu. Pięćdziesiąt tysięcy ludu przemieszczało się równym krokiem ku Beredes. I każdy zbrojny w miecz topór lub maczugę straszną, okuty metalem i milczący, gotowy zabijać dla bogactwa. Wojsko prowadziło ze sobą także mnogo machin i urządzeń do miotania głazami w Złote Miasto. Ponadto wielką liczbę drabin i wież na kołach, które pomóc im miały w zdobyciu celu nieśli ze sobą. Setki koni i wozów oraz pachołków podążało za armią w pewnej odległości. To straszne,  ale jeszcze nie najstraszniejsze. Najstraszniejsze miało jeszcze nastąpić.

 A armia była coraz bliżej. Ludzie, którzy na nią patrzyli pewni byli, że nic jej nie zatrzyma. Powoli, ale stanowczo przesuwała się po równinie. Nic nie mogło jej zatrzymać. Czas ten wydawał się nieskończonością. Ale masa, która stworzona została, aby przeć naprzód, stanęła, groźnie wpatrzona we wroga. Widok mrożący krew w żyłach. Równina pokryta jak okiem sięgnąć maszynami do zabijania – między innymi ludźmi – a wszystko to skąpane w krwawym blasku zachodzącego słońca.

 Na niewielkie wzniesienie przed murami miasta-twierdzy wjechał Eredrus. Ebedinian zadrżał. Jego brat na tle zachodzącej tarczy słonecznej wyglądał jak olbrzym.

 Nadciągnęły wozy. Powoli rozkładano naokoło miasta obóz. A Eredrus stał na wzniesieniu, nie zsiadłwszy nawet z konia. Patrzył swojemu bratu w twarz. I mimo setki metrów odległości widział każdy rys jego twarzy. Napawał się przestrachem, który tam zobaczył.

 Ale Ebedinian powiedział sobie w duchu, iże tchórzem nie jest i czoła rodzonemu bratu stawi. Eredrus zmarszczył brwi. Ebedinian lekko się uśmiechnął, wpatrzony w straszliwą twarz brata. Sylwetka przeciwnika była nie do zlekceważenia, ale on, pan miasta, nie bał się.

 „Chcesz walczyć tak? No to świetnie” – pomyśleli obaj, wciąż lustrując postać swego wroga.

 I obydwaj przeciwnicy nadal  mierzyli się  wzrokiem. A wszyscy pomiędzy nimi mogli poczuć, że zrodziło się napięcie jeszcze większe od napięcia wyczekiwania. Napięcie nienawiści i strachu. Strachu przed wynikiem pojedynku. A do obydwu władców dołączyli się ludzie. Do jednego – setki, do drugiego – tysiące. I stali tak wpatrzeni w siebie, zastygli w promieniach gwiazdy dziennej. I stali tak noc i dzień, mróz czy deszcz, zawsze z nienawiścią, żądzą wygranej. I oto tak opisywał to jeden z obrońców miasta:

„Ziemia drży, z murów sypią się kawałki kamieni. Dłużej już nie wytrzymamy. Juże ode pięciu dni tak stoimy, każdy chce złamać drugiego. Nic nie jemy, nic nie pijemy, tylko stoimy na wałach i patrzymy na wroga. Napięcie straszne. Każdy z nas może w każdej chwili zginąć! Ratujcie…

Ziemia drży, domy się walą, a my stoimy na tych szańcach, noc i dzień. Czuję, jak wróg mnie miażdży. Nie dam rady. Ale będę walczyć. Walczyć do końca.

Ziemia drży, ludzie giną. Pierwszy, kamrat mój, oszalał i spadł z murów. Skończyły się jego cierpienia. Trzeci, także druh mój padł z wycieńczenia. Trzeci załamał się i siedzi tylko, nie wie co się z nim dzieje. Żyje, choć odszedł.

Ziemia drży. My stoimy. Od dwóch tygodni. Tylko kilka razy się posiliłem. Pan mój, Ebedinian wielmożny, nie zszedł jeszcze z muru, ino stoi. Stoi i patrzy w tego zdrajcę, swego brata. Oj, tak. zdrajca był z tego brata. Okradł pana mego i usiłował go zabić, aby przejąć jego bogactwa. Ale pan mój obronił się i wygnał Eredrusa hen, daleko.

Ziemia drży. Zginę. Gdyby chociaż zaświszczał grad strzał, zadudniły kotły. Ale nie. Tylko ta złowroga cisza. Trzeba się przeciwstawiać wrogom. Jeżeli tego nie zrobię, upadnę. Zginę. To pojedynek straszniejszy niż jakikolwiek inny. Z odległości stu metrów armia tysięcy zbrojnych chce nas złamać, zgnieść, zmiażdżyć. Umysłem. Czasem. Nienawiścią.

Ziemia drży. Chcą nas zabić. Chcą to przyśpieszyć. Chcą nas przestraszyć. Wystrzelili do nas kilka wielkich jak dom głazów. Jeden przebił się przez mur i zabił dziesięciu ludzi. Drugi przebił się przez trzy domy, niszcząc żywność i zapasy wody. Trzeci rozbił całe skrzydło pałacu Ebediniana, a kilka innych jeszcze wszelakich szkód wyrządziły. Chwila odetchnięcia. Spokoju. Ale później morale upadają. Skoro mogą nas zabić, to po co walczymy? W mieście atmosfera coraz gorsza. Ludność się buntuje, chce się poddać.

 Ziemia drży, powietrze także. Mury się kruszą, zbroje wroga wyginają. Nie dalej jak wczoraj dziesięciu z nich się poddało. Szybko zakończyli swój żywot. Pomiędzy Ebedinianem a Eredrusem strzelają błyskawice nad armiami zbierają się chmury. Tysiące ludzi patrzą na siebie, skupiają się na wrogu, mogą zgnieść człowieka moralnie i fizycznie.

Ziemia drży. Odpłaciliśmy trochę swoje straty zasypując wroga gradem strzał, który pół tysiąca przygniótł. Oj, nie powrócą już oni do domu…

 Ziemie drży. Nabieramy otuchy. Cały szwadron Eredrusa dzisiaj uciekł, nie mogąc wytrzymać. Ale wystarczy spojrzeć na sylwetkę Ebediniana, aby otuchę stracić. Postarzały o dziesięć lat, niedołężny, zgarbiony, wychudzony. Ale wystarczy spojrzeć na jego twarz, aby tą  otuchę odzyskać. Na twarzy zacięcie, w oczach gotowość do walki. Dumny i butny, bohaterski, obroni nas.

 Ziemia drży. Nacisk ciągle rośnie, wszyscy są zdeterminowani. Wygramy – przegramy, będziemy walczyć.

Ziemia drży. Presja rośnie, nie damy rady. To przedłużanie agonii. Przeżyć. Przeżyć do jutra. Nienawiść wroga ściga nas wszędzie. Czuję, jak mnie dopada. Jak mnie zgniata, ściąga do ziemi.

 Ziemia drży. Nasze wojska się przerzedzają. Na miejsce poległych i załamanych wkraczają cywile. Nawet matki z dziećmi. Nie wytrzymają, biedaki. I po cóż nam ta wojna przyszła?

Ziemia drży. Ludzie, ratujcie. Nie dam rady. Nadszedł mój kres. Żegnaj świecie okrutny. Umieram. Nie! Chcę jeszcze zobaczyć słońce! Chcę...”

 Tak było w mieście. A oto, jak było poza nim. Opisał to żołnierz z armii Eredrusa we wierszu – pieśni „Bracia”:

„Gdzieś w oddali bije dzwon,

smutny ma on brzmienia ton.

W pana mego namiocie,

nienawiści jest krocie

Stoi on, to jest mój pan

Na swym wzgórzu,

ja z nim trwam.

Stoim my wpatrzeni srodze,

jak pan miasta myślą bodze,

patrzy na nas, z nienawiścią,

miażdżąc myśli nam i sen,

 

To jest TEN.

To jest ten, co brata wygnał,

uprzednio go ograbiwszy,

Zabrał mu ze życia zgliszczy,

Nadzieję na życie dobre.

Straszna to historia wielce,

A że pan miał serce chrobre,

nie poddał się,

 i jął budować własny kraj

i utworzył silne państwo,

raj.

Wypędził zeń wszelkie draństwo.

 

Teraz, gdy rozprawy czas

porachunku krwawy kras,

 Stoim my tu z zemstą drogą

Za te krzywdy,

co to były.

Ten sam poeta napisał również inny wiersz „Czemu?”

 

Drży Ziemia,

Drży woda,

Drży powietrze,

Drży ogień.

Grzmi.

Burza.

nie ustoisz,

Ale wróg na wałach czyha,

A, niechże ze głodu zdycha.

Zabił nam już z tysiąc dusz,

Ze swych strasznych myśli kusz,

A ja czuje, że odchodzę,

nie podołam.

boli mnie ma głowa srodze

Straszna jest to walka,

Boję się, co będzie jutro.

Patrzę na mych wrogów wielkich,

Co to stoją nad potęgi.

Już nie żyję, choć się ruszam, już straciłem mą nadzieję,

Bo dążenie do wygranej

Ciśnie mnie, i zgniecie śpiesznie

Już nie wrócę ja do domu, chociaż tak bym tego chciał.

A ten zdrajca, Ebedinian, będzie się ze tego śmiał!

Ziemia drży,

Nie!

Się trzęsie!

W powietrzu widać już napięcie,

Przytłaczające.

Między panem mym a ich,

Strzelają już błyskawice

zgniatające

Ale oni ich nie czują,

Straszne.

Ach, czemuś, wojenko tu przyszła?

Żyłbym ja, żyli by i oni,

A tak nic z tego nie będzie.

Wszyscy w twej zginiemy toni.

Wszyscy, którzy żyć tu chcą,

posłuchajcie mej przestrogi,

i nie idźcie już na wojnę,

bo za to srogo zapłacicie.

Ja  zapłaciłem śmierci hojnie.

Żegnajcie.”

 

Taki oto jest wiersz o tych strasznych wydarzeniach. Przez powolny, dłużący się czas dwóch tygodni wszyscy – zarówno oblegani i oblegający– stracili ducha i ponieśli wielkie straty. Ebedinian nie wytrzymał. Jak pisze ówczesny kronikarz:

„Ebedinian poddał się. Rzuciło go na ziemię. Złamało psychicznie, połamało kości. Z głuchym jękiem śmierci przechylił się ponad blankami i runął z murów z rozwianą szatą, a na dole ciało jego zakończyło swój żywot. A mury Beredes miały wysokość metrów trzydziestu. Jego słudzy otworzyli bramy i pobiegli do swego władcy. Widać było, że już nie żyje. I na twarzy jego martwej był spokój, ukojenie, rzekłbyś. Lecz przez jego martwe usta przecisnęło się jeszcze jedno zdanie:

- Wybaczcie mi, za tę wojnę…

 I tak szlachetny Ebedinian, XX władca Złotego miasta zakończył swoją drogę w tym ziemskim labiryncie.”

 Tymczasem jego brat zsiadł z konia, nie wierząc w nagłą zmianę sytuacji. Jeszcze minuta, a to on leżałby na ziemi martwy. Nieprzytomnym, chwiejnym krokiem ruszył w stronę otwartej teraz bramy miasta. Krok po kroku zbliżał się do celu życia. Zemścił się na bracie, wygrał bogactwa. Ale coś ciążyło na jego umyśle. Powoli zbliżał się, był już tuż. Nikt mu w tym nie przeszkadzał. Nikt nie miał siły.

 Stoi już przed bramą stalową, okuwaną. Nie spojrzał nawet na truchło brata. Ostatni wdech. Pcha skrzydła, rozwierają się na oścież. Eredrus widzi ulicę. Usianą trupami. Ludzi martwych choć żywych. Widzi ludzi, którzy z wielkimi, wystraszonymi oczyma patrzą, a nie widzą. Ludzi, tak zmęczonych, załamanych, że nie można w nich było poznać ludzi. Ogląda się. Jego wojsko, zdziesiątkowane, stoi smutne, wykończone, bez życia. Ostatni okrzyk wyrywa się z jego ust:

- Nie! To moja wina! co ja zrobiłem? Czemu?!

 I upada na kolana, wystraszony, wpatrzony w dal. On także nie wytrzymał. Powoli, jak w transie zgina się i układa się do snu wiecznego o krok od celu. Ginie.

 Dążenie do celu kosztowało go za wiele. Przypłacił to życiem. Nie tylko swoim. Tego dnia policzono, że na polach przed Beredes legło trzydzieści tysięcy wojska. Trzy tysiące w mieście. Drugie tyle nieprzytomne, oniemiałe ze zgrozy, nie wie co z sobą zrobić. Nie myślą. Nie żyją. Nie są już ludźmi. To pozostałości po wielu wspaniałych ludziach -  wielu żywych historiach -którzy przez spór dwóch braci mogli by żyć i realizować swoje marzenia. I teraz można się zapytać „czemu?”.

 Ludzie z Beredes, mimo upływu wieków nie otrząsnęli się z pogromu. Nadal nie żyją. Nie chcą żyć. Nie chcą nawet chcieć. Beredes upadło. Ceredin powstał. Mimo strasznych strat  mieszkańcy prowincji otrząsnęli się z przestrachu i teraz dostatnio żyją jako szczęśliwi ludzie.

Oby nigdy nie wybuchła tak straszna wojna, oby i jej ofiary otrząsnęły się z tej żałoby. Miasto Beredes upadło, prowincja Ceredin żyje.

 

Szymon Józef Ruczyński

 

 

 

*******

Cukier tak słodki

Jak narkotyk zdradliwy

Uśmiech tak szczery

Jak amatorska wróżbitka

Co wieży nie zna znaczenia

Dotyk delikatny

a jak nóż mą wiarę przecina.

Łatwo, w skupieniu bez emocji.

Dłoń ciepła, człowiecza

Jakby rzeczywiście krew krążyła

Czyżby czerwień w nim istniała

Nie, niemożliwe.

Tam życia nie ma.

To tylko złudzenie.

Tak niemożliwe jak biel w lipcu

Patrzysz na mnie

Oczami jak błękit nieba.

Ze złotymi refleksami.

Odwracam się plecami.

Zanim usłyszę „przepraszam”

Tak fałszywe jak twe oczy

Przez , które duszy nie widać.

Odchodzę.

Tak po prostu.

Bojąc się, że oślepłam

i, że prawdę wreszcie zobaczę.

*******

 

Biblioteka w Zespole Szkół z DNJB w Hajnówce   

KONTAKTY:   

e-mail:   biblioteka_dnjb@poczta.onet.pl